Niedługo panieński śliwkowy, także nawet przez sen planuję, wymyślam, kupuję i zamawiam. I zastanawiam się, czy to świat jest nienormalny, czy może ja zacofana? Bo wciąż nie potrafię zrozumieć, dlaczego wszystko, co tylko choćby pośrednio wiąże się z wieczorem panieńskim jest w penisy? Począwszy od obrusa na stół, przez całą zastawę (zwłaszcza słomki), gwizdki, welony i inne gadżety na kapciach kończąc. Penisy, penisy, penisy. Świat jest jednym wielkim penisem. Mamusiu?
Ps. Chociaż widziałam gdzieś zdjęcie tortu na kawalerski. Nie chciałabym zjeść jednej wielkiej tortowej waginy. Nawet gdybym była facetem.
A na koniec dwie rzeczy, które mnie zbulwersowały. Pierwsza, to najnowszy teledysk Madonny... :) Baba jest dokładnie w wieku mojej mamy, a tworzy jak dla nastolatek i wygląda prawie jak nastolatka (ciekawe jak mocno musiała się ponaciągać). Nie wyobrażam sobie mojej mamy, która miałaby wymachiwać nogą, czy inną częścią ciała skąpo ubraną i cienkim głosikiem coś tam wyśpiewywać. :) Wiem, że tak się kręci biznes, ale litości... Nie chciałabym zobaczyć 60-letniej Madonny, która nadal śpiewa dla nastolatek i do nich się upodabnia :P Szkoda, że nie mogła pozostać na poziomie albumu "Ray of light", a potem starzeć się z godnością... :P
Druga rzecz, to buty. Nie wiem, co to jest, że w dzisiejszych czasach, przy dzisiejszych technologiach oraz dzisiejszych krzywych i dziurawych chodnikach robi się buty z... kartonu. Wczoraj w butach noszonych przez hmmm może 3 tygodnie wszystkiego razem, przetarła mi się podeszwa. Z dziury wesoło wyglądał na mnie podmoknięty... karton. Sama podeszwa strasznie się ściera i ma może ze 2 mm grubości, a pod nią karton... Za chwilę będę musiała chodzić w kilku parach skarpet, owiniętych reklamówkami, żeby nie przemokło w tej przedwiosennej chlapie, ponieważ nie mam innych zimowych butów. Drugie kozaki z innego sklepu reklamuję już drugi raz w ciągu jakichś 4 tygodni i mam się po nie zgłosić dopiero w marcu - czyli nie nachodziłam się w nich, bo w reklamacji są łącznie miesiąc... To jakaś paranoja chyba...
Tak rzadko tu piszę teraz, że zastanawiam się jakim cudem jeszcze pamiętam hasło do logowania się... Tyle się działo. W sumie nie aż tyle, co dawniej bywało, ale jednak trochę. Na przykład po 10 miesiącach mieszkania w tej naszej willi z basenami, czyli kawalerce zawalonej kartonami, dorobiliśmy się szafy. Szafa jest przepiękna i przeznaczona dla nas. Jechała do nas aż z komisu z Żagania, czyli przez dwa województwa (i to z końca jednego na prawie koniec drugiego) i nie wiem, dlaczego właściwie pan z komisu zgodził się ją wieźć tyle kilometrów, bo tak naprawdę niezbyt mu się to opłacało. Może z żoną się nie lubi? ;) Ta szafa tak naprawdę, to w dodatku jest z jakichś Niemiec, czy innej Holandii, więc przebyła do nas mnóstwo drogi, tyle że przez rzeczony Żagań właśnie. W dodatku została znaleziona przez zwyczajne gapiostwo i przypadek. Dlatego uważam, że szafa i my byliśmy sobie przeznaczeni :) Trzeba tylko dorobić jej trochę półek i dostosować pod nasze potrzeby i będzie the best.
Wcześniej za to był Sylwester, na którym nasza grupa była atrakcją sali, ponieważ... Sylwester na szczecińskim MTSie zawsze był tematyczny, przebierany dla tego kto chciał i wogóle świetny. W tym roku tematem była staropolska biesiada, więc podążyliśmy do Opery i po przegrzebaniu tam jakiejś 1/3 strojów (wszystkich się nie dało, taki ogrom jest) oraz przy pomocy niesamowicie cierpliwej i niezastąpionej pani Basi, powybieraliśmy sobie piękne stroje stylizowane na szlacheckie. Kiedy dotarliśmy na MTS, byliśmy pewni, że to nie jest nasza impreza... Wszyscy powciskani w jakieś czarne garnitury, babki w sztywnych, ciemnych kieckach... Później ludzie nas zaczepiali i nam gratulowali strojów i mówili, że też chcieli się przebrać, ale nie było w co, albo znów mąż się nie zgodził, a żona żałuje. Ktoś nawet myślał, że jesteśmy grupą rekonstruującą historię ;P Niestety poza miłymi słowami, impreza średnio udana, w tym roku inna organizacja, niż zwykle i takie tego skutki. Co robimy za rok? Nie mam pojęcia... (ja to bym chciała po prostu wziąć ściśle nasze grono, pojechać w góry, wdrapać się na jakiś bezpieczny szczyt i tam z grzańcami w termosach uczcić Nowy Rok. I od lat nie udaje mi się tego zrealizować...)
Ale trzeba przyznać, że stroje z Opery były świetne. Piekielnie ciężkie, ale piękne, pewnie nie będę już miała okazji drugi raz założyć coś takiego.
Czekam, aż Michał wróci z wizyty u swojej mamy, filcuję świątecznie, na stole świeczka, w kieliszku czerwone wino, w komputerku muzyka z filmu "Listy do M." i dobrze mi. Jeszcze tylko śniegu za oknami brakuje...
Moje hity tej zimy to krem jabłkowo-cynamonowy do rąk z Czterech Pór Roku i moja nowa fryzura. Poszliśmy się wczoraj ciąć z Michałem, a kiedy wróciłam do domu i obejrzałam w małym lusterku to co mam na głowie, poryczałam się. Po umyciu wyprostowanych włosów i ułożeniu na naturalne, kręcone - było tylko jeszcze gorzej. Michał się zlitował, pożyczył kasę (bo ja już żyję na poczet następnej wypłaty :P) i poleciałam do drogiego, ale niezawodnego fryzjera. I miziam się teraz ciągle z niedowierzaniem po głowie, bo nigdy nie miałam aż tak krótkich włosów, ale są super (nareszcie!). :)
A tak poza tym, to ostatnio odwiedzamy operę i przymierzamy tamtejsze stroje na Sylwestra. Suknie są boskie :)
A ja też wywołałam śnieg - puszczałam dzisiaj Małej świąteczne piosenki. A potem wieczorem Michał patrzy za okno, a tu bialutki śnieg sypie, więc nie wiele myśląc złapałam go za rękaw i polecieliśmy w te białe płatki :) I w końcu na chwilę poczułam, że święta coraz bliżej!
skomentuj (0)
Moja podopieczna śpi, a ja doszkalam się w filcowaniu dzięki internetowi. Takie cudeńka ludzie robią, że aż się wierzyć nie chce. A Rosjanki to już przebijają swoim talentem i pomysłowością chyba całkowicie wszystko. No bo, żeby użyć szlifierki do filcowania...? :) W dodatku wychodzi im to przecudnie!
A tak poza tym, to jeszcze, wysyłając smsy ze strony orendżowej, zajrzałam do skrzynki z wysłanymi, gdzie siedzą sobie smsy wysyłane przeze mnie nawet 3 lata temu. Czytam, wyrzucając je wreszcie i wspomnienia oraz atmosfera tamtego czasu wraca. Umawianie się z Babeczkami na nasze spacerki po lesie o każdej porze roku oraz na imprezy, spotkania, tłustoczwartkowe uczty, jakieś ogniska, piątkowe sabaty, na witanie wakacji, na mazurski wyjazd... Wspominam i żal mi tego luzu, który wtedy mieliśmy. Żal mi wolności, radości. Teraz przeważnie większość z nas nie ma czasu dla samego siebie, nie mówiąc już o czasie dla innych, o czasie na spotkania. Zdyszeni bieganiem z jednej do drugiej pracy, marzymy, żeby móc wreszcie przysiąść i odetchnąć, a marzenia o takim luzie, jaki mieliśmy te parę lat temu są już w zasadzie grzechem. Nie chcę tak żyć, ale w tym durnym, dorosłym świecie chyba nie da się inaczej. No chyba, żeby wygrać wreszcie te miliony w totka, bądź stać się głównym bossem mafijnym i ściągać do kieszeni jakieś starszne pieniądze. Wtedy moglibyśmy wreszcie zacząć żyć, a nie tylko pracować i martwić się jak związać koniec z końcem i jeszcze jak dotrzymać do emerytury, a na koniec przejmować się jeszcze i tym, czy ta emerytura wogóle będzie...
Właśnie doszłam do smsa z lipca 2009 roku, sms jest do Damiana i zaczyna się tak: "Witaj Anno J., tu Twoj Boguslaw X..." Hmmmm?
Zaszłam w ciążę spożywczą z tortem urodzinowym mojej babci i jest mi z tym źle.
A tak poza tym równo za miesiąc Wigilia! I znów będzie ciąża spożywcza, za to z barszczykiem z uszkami. I z tym na pewno nie będzie mi źle, niach, niach, niach... :]
(Dla wyjaśnienia, borszcz mit uszken to coś na co zawsze czekam cały rok, pyszny i wyjątkowy, bo serwowany tylko raz na 365 dni. I choć kusiło mnie w wakacje, żeby sobie zrobić taką namiastkę z barszczem z papierka i mrożonymi uszkami ze sklepu, to na szczęście zrezygnowałam z tego. To byłaby profanacja ;)
Świąteczna reklama Coli też już jest od kilku dni, ale znów nie ta, na którą co roku czekałam. Nie taka, jak sprzed paru lat, z oświetloną czerwoną ciężarówką i muzyką w tle "coraz bliżej święta, coraz bliżej święta...". A tak poza tym Galaxy - Sraxy ściga się z ostatnio otwartym w Szczecinie nowym centrum handlowym i te światełka, co je widziałam w sobotę rano jak zakładali na drzewkach, świecą już wieczorami w całości. Oprócz tego w samym centrum przybydku bombki, wielka choinka z chatką obsypaną śniegiem i krasnalami, a dookoła świąteczne budko-chatki z bombkami i skórzanymi wyrobami nadającymi się na prezenty. Jestem na maksa zgorszona i rozżalona, bo to wszystko psuje mi coroczne oczekiwanie na moje ulubione Święta. (W Lidlu już pod koniec września widzieliśmy z Michałem cały regał obłożony kalendarzami adwentowymi, Mikołajami z czekolady itd., zrobiłam zdjęcie, bo nie uwierzyłam w to co widzę) Psuje mi to atmosferę świąteczną, bo jest za wcześnie. Jeśli zaraz po Święcie Zmarłych jestem otoczona bombkami i Mikołajami, to całe niecierpliwe czekanie na Boże Narodzenie traci sens. Sens to ma od okolicy Mikołajek, kiedy człowiek stopniowo wchodzi w klimat świąteczny, patrzy na świeży śnieg (o ile raczy spaść ;) ), myśli o barszczu z uszkami i o tym, czym w tym roku obdarować najbliższych. Wszystko, co jest wcześniej, to jakaś okropna komercja. Gdyby nie to, że w Galaxy jest Real - najbliższy w miarę tani sklep z jedzeniem (najbliżej jest Społem, w którym jest koszmarnie drogo), to w ogóle bym tam nie wchodziła... Co gorsza - Szczecin od jakiegoś czasu staje się jednym wielkim centrum handlowym, a nie normalnym miastem...
skomentuj (0)